Zurych: od sera do bohatera
Fot: IStock

Zurych: od sera do bohatera

Zurych oddycha spokojniej niż zagoniona reszta Europy. Chodzi nie tylko o brak reklam na ulicach. Raczej o poczucie „osobności”. Jesteś w Europie, ale nie w UE. W Paryżu, Berlinie, Atenach czy Rzymie czujesz się częścią większej całości. Zurych to miasto osobne.
25.03.2019

Jeden z najsłynniejszych słownych nokautów w historii kina pochodzi z filmu noir „Trzeci człowiek” (z 1949 roku) w reżyserii Orsona Wellesa. „We Włoszech przez trzydzieści lat panowania Borgiów dochodziło do walk, aktów terroru, morderstw i rozlewu krwi, ale to właśnie te czasy dały nam Michała Anioła, Leonarda da Vinci i rozkwit renesansu – mówi w nim grany przez Orsona Wellesa paser Harry Lime do swojego przyjaciela z dzieciństwa Holly’eego Martinsa. – W Szwajcarii znają miłość bliźniego, w końcu przetrwali pięćset lat w demokracji i pokoju. Ale co ten kraj dał światu? Zegar z kukułką”. Te słowa – dodane do scenariusza Grahama Greena przez Orsona Wellesa – miały być uzasadnieniem myśli, że nieszczęście i konflikty są niezbędnymi warunkami kulturowego rozwoju. Ale Welles niechcący przemycił tu do świadomości zbiorowej także inne przekonanie – że Szwajcaria jest nudna. Bankowość, zegarki, czekolada i ser? Schludność i punktualność? Ludzie, którym polityczna neutralność dała wprawdzie wysoki standard życia, ale i zaowocowała bezbarwną nijakością? W skrócie: miłe miejsce do życia, ale czy aby na pewno chciałbyś je odwiedzić?

 
 
 
 
 
Wyświetl ten post na Instagramie.
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

Post udostępniony przez KulturMeile (@kulturmeilezuerichwest)

To wszystko nieprawda. W Szwajcarii dużo się zmieniło. Najwięcej w Zurychu, największym i najciekawszym mieście kraju, stanowiącym przeciwieństwo stolicy – Berna. W ostatniej dekadzie prężnie działająca scena artystyczna, rozwijająca się dynamicznie kultura młodzieżowa i kulinarna, a także sensownie poprowadzona rewitalizacja przestrzeni miejskiej sprawiły, że Zurych odżył. Zmienili się też mieszkańcy: jedna trzecia obywateli miasta urodziła się zagranicą. Mieszkają tu przedstawiciele stu sześćdziesięciu sześciu narodowości, a ich rodzime tradycje kulinarne i muzyczne przybyły do miasta razem z nimi. To zjawisko jest napędzane przede wszystkim sensowną, niemal anarchistyczną polityką rewitalizacji kwartałów miasta, która zrobiła dla Zurychu to, co odrodzenie dzielnicy Kreuzberg zrobiło dla Berlina, Vesterbro dla Kopenhagi, a Williamsburga dla Nowgo Jorku. W dzielnicy Zürich West, niegdyś industrialnym pustkowiu pomiędzy torami a rzeką Limmat, obecnie strefie barów, sklepów z ekożywnością oraz outletów z modą, dawne budynki fabryczne zostały wykorzystane tak, że do miejsca pasuje nazwa rodem z science fiction – „strefa czwarta”. W pobliskim Löwenbräu-Areal, zabudowaniach byłego browaru, mieszczą się luksusowe apartamenty – to miejsce, gdzie dziewiętnastowieczne ceglane mury i dwudziestowieczne wieżowce wyglądają razem jak kubistyczny obraz mający wyrażać industrialną energię.

Design, dada, dolce vita 

To zwrot o sto osiemdziesiąt stopni. „Zurych w latach dziewięćdziesiątych przeżywał kryzys: zmniejszała się liczba miejsc pracy w przemyśle, a także populacja miasta borykającego się z problemem narkotyków – wyjaśnia Anna Schindler, szefowa spraw zagranicznych miasta Zurych. – Politycy i przedsiębiorcy zrozumieli, że potrzebna jest zmiana”. Liberalizacja przepisów dotyczących gastronomii zmieniła Zurych w centrum życia nocnego. Porozumienie w sprawie imigracji zawarte z Europą zaowocowało napływem utalentowanych cudzoziemców do pracy. Zurych tętni życiem. Ale to nic nowego. Miasto od dawna pełniło rolę schronienia dla artystów – to tutaj James Joyce znalazł azyl, w którym mógł pracować nad „Ulissesem”. To także mała ojczyzna Maksa Billa, ojca chrzestnego szwajcarskiego designu, człowieka, który projektował między innymi minimalistyczne zegarki Junghans. Wykonana przez niego w 1983 roku „Rzeźba-pawilon” składająca się z brutalistycznych, betonowych łuków wciąż stoi przy Bahnhofstrasse – ulicy pełnej drogich sklepów – i przypomina postindustrialne Stonehenge: burzy spokój konsumpcji. Jeśli to miasto jest stolicą pieniądza, spuścizna sztuki Billa stanowi jego sumienie.

"Pavillon-Skulptur" de Max Bill calle Bahnhofstrasse. Representante de la Escuela de Zurich de lo Concreto, inspirada por obras de Wassily Kandinsky y Paul Klee

Opublikowany przez Emilia Hernandez-Chacon Piątek, 3 października 2014

 

Zurych jest też miejscem narodzin Dada, ruchu artystycznego zapoczątkowanego w klubie Cabaret Voltaire przy ulicy Spiegelgasse na zuryskim Starym Mieście. Narodziny miały miejsce w lutym 1916 roku, gdy pierwsza wojna światowa zdawała się zwiastować ostateczną śmierć rozumu. „Każde słowo, które usłyszycie – ogłosił niemiecki pisarz i poeta Hugo Ball, gdy otwierał Cabaret – jest znakiem tego, że ta poniżająca epoka nie zaskarbiła sobie ani krzty naszego szacunku”. Dadaizm dał nam bardzo dużo, od słynnej „Fontanny” Marcela Duchampa, po awangardowy zespół muzyczny Art of Noise.

Wygląda na to, że Orson Welles się mylił. Pokój i odizolowanie pozwoliły Zurychowi rozwinąć bogatą kontrkulturę, która przeżywa kolejne odrodzenie. Miasto znalazło się na rozstaju dróg między niemieckim formalizmem, francuskim radykalizmem i włoskim dolce vita – jest niczym szalka Petriego, tu wszystko może się zdarzyć. I znowu się dzieje. A zegar z kukułką? Tak naprawdę wymyślili go Niemcy.

Opublikowany przez Neumarkt17 Wtorek, 29 grudnia 2015

Spacer po mieście osobnym 

Zurych oddycha spokojniej niż zagoniona reszta Europy. Chodzi nie tylko o brak reklam na ulicach. Raczej o poczucie „osobności”. Jesteś w Europie, ale nie w UE. W Paryżu, Berlinie, Atenach czy Rzymie czujesz się częścią większej całości. Zurych to miasto osobne.

Zatrzymuję się w hotelu Marketgasse na Starym Mieście, blisko nowo otwartego Cabaret Voltaire. Dwieście lat szwajcarskiej neutralności oszczędziło starym budynkom losu, który przypadł w udziale Londynowi, Warszawie i dziesiątkom innych miast. Dzięki temu pobyt na Starym Mieście w Zurychu przypomina wejście do wehikułu czasu i daje pojęcie o tym, jak mogłaby dziś wyglądać Europa, gdyby nie wojny. Ulice się wiją, pastelowe budynki delikatnie zwieszają się nad chodnikami, a ponad 1200 fontann tryska wodą w słońcu.

W labiryncie zakupowo-restauracyjnej dzielnicy Niederdorf natrafiam na wehikuł czasu innego rodzaju: sklep z meblami Neumarkt 17, kluczowy adres dla miłośników designu. Sformułowanie „meblowy showroom” nie do końca oddaje, z czym mamy do czynienia. To miejsce to wciąż ewoluująca przestrzeń. Od otwarcia w 1964 roku Neumarkt 17 zdążył zająć także sąsiednie budynki, stając się miejscem łączącym surowość betonu z salami pełnymi bieli. Przypominający labirynt Neumarkt 17 mieści szwajcarski design z najwyższej półki. W centrum sklepu znajduje się czteropiętrowe atrium z podłogami zrobionymi ze stalowych krat zawieszonych na żelaznych łańcuchach ponad znajdującym się w piwnicy basenem. Odpowiednio dobrane meble i duża liczba roślin stwarzają wrażenie, że jest się w jakimś hydroponicznym obiekcie rodem z filmu SF. Krótko mówiąc: piękne miejsce. „Dziś, w czasach ogrodów miejskich, połączenie roślin i betonu wydaje się bardzo współczesne” – mówi Nicole Seiler ze sklepu Neumarkt 17.

Uhrenatelier Rindermarkt, maleńki sklep z zegarkami, a także punkt zegarmistrzowski, jest jeszcze zamknięty. Muszę przekonywać jego współzałożyciela Theodora Wachtela, by wpuścił nas do środka. Szwajcarzy są punktualni (wszystko jest otwierane i zamykane o konkretnej porze). Wewnątrz moim oczom ukazuje się oszałamiająca jaskinia pełna zegarków, która w istocie jest wystawą prezentującą sześćdziesiąt lat rzadkiego zegarmistrzostwa. Wygląda to tak, jak kiedyś wyglądały sklepy z muzyką. Jeśli chcesz mieć zegarek, którego nie ma nikt inny – musisz odwiedzić właśnie to miejsce.

Główna działalność Wachtela polega na naprawianiu zegarków wykonanych na zamówienie. W jego sklepie można zobaczyć doskonale zabezpieczone, rzadkie i nigdy przez nikogo nienoszone zegarki, wyprodukowane od lat pięćdziesiątych do dzisiaj między innymi przez Rolexa, Audemars Piguet, Hublota, Omegę czy Breitlinga. Wśród najbardziej imponujących znajduje się piękny IWC Da Vinci z kopertą z cyrkonu i tlenku cynku, który należał do Güntera Blümleina, prawdziwego luminarza zegarmistrzostwa, człowieka odpowiedzialnego między innymi za zmartwychwstanie marki A. Lange & Söhne. „To zegarek z historią” – mruczy Wachtel, który kupił go od wdowy po Blümleinie, z myślą o sprzedaniu go. Czy to jego ulubiony egzemplarz? „Ulubione już niestety sprzedałem” – odpowiada z kamienną twarzą.

Cały tekst Andrew Harrisona znajdziecie w najnowszym numerze "Big Black Booka". Sprawdźcie, co jeszcze przygotowaliśmy dla was w najnowszym wydaniu specjalnym "Esquire'a". 

Polecane wideo

Komentarze

Polecane dla Ciebie