Bartłomiej Topa: "Ciało to moje narzędzie"
Zdjęcia: AKPA

Bartłomiej Topa: "Ciało to moje narzędzie"

Zagrał w ponad siedemdziesięciu filmach, ale pamiętasz go przede wszystkim z ról u Wojtka Smarzowskiego. Zanim poczuł, że staje się aktorem, musiał przezwyciężyć lęk i przekonać się, że ma coś do powiedzenia widowni. Żyje w mieście, ale kusi go czasem żeby uciec w góry.
03.04.2019

Ostatnio w Londynie kupiłem na ulicy prażone orzeszki. Chciałem je zapakować na drogę. Podszedłem do faceta z podobnym stoiskiem i zapytałem, czy nie ma jakiejś torebki. On rozdarł puste opakowanie po cukrze, wziął ode mnie te orzeszki i pięknie zawinął, po czym ze szczerym uśmiechem podał mi pakunek. Kto ma dziś czas na taki gest? W tym codziennym pędzie zapominamy o rzeczach podstawowych, nie zauważamy się wzajemnie.

Pracuję na emocjach - rozmowa z Wojtkiem Smarzowskim 

Szukam okazji, żeby się od tego uwolnić, poczuć „tu i teraz”. Kupiłem sobie ekspres dźwigniowy: nalewam wodę, wsypuję do sitka w kolbie tyle kawy, ile chcę i siłą mięśni sprawiam, że woda pod ciśnieniem przepływa przez kawę. Mam pozorną kontrolę nad tym, jakie espresso przyrządziłem. Inaczej niż na scenie czy planie filmowym, gdzie efekt końcowy to wypadkowa pracy wielu osób. A potem trzeba ekspres wyczyścić. Zadania manualne sprawiają mi przyjemność.

Założyłem sobie, że skoro nie mieszkam razem z synem, muszę wspólny czas w pełni wykorzystać. Nie lubię tego słowa, ale nie ma lepszego. Antek ma już szesnaście lat. Gdy się spotykamy, potrafimy sobie posiedzieć i pomilczeć. To jest to. Wszystko w tych naszych dzieciach mamy, całe nasze życie, całych siebie. Dziecko i tak swoje będzie myśleć, ale czasem powie: „Tato, to był fajny czas. Dziękuję ci za to”.

Wdzięczność to słowo, którego sens dopiero niedawno zrozumiałem. Kiedyś myślałem: „,Mam być wdzięczny za to, że ktoś w moim mniemaniu zrobił mi krzywdę?”. Wdzięczności uczymy się przez trudne doświadczenia. Pogodzenie się z rzeczywistością niesie pogodniejsze usposobienie. Chyba przychodzi to z wiekiem. Cokolwiek byśmy zrobili, nieświadomie przechodzimy kolejne etapy rozwoju. Tak nas widocznie zaprogramowano.

Przekora podpowiada, żeby ten biologiczny program zhakować. Może odzywa się we mnie natura górala: wrodzony upór, ale też zadziorność, niezgoda na niektóre sprawy. Ksiądz Tischner powiedział mi kiedyś: „Ty jesteś syn marnotrawny, jeszcze wrócisz w góry, które cię wyciosały”. Nabiegałem się po tych Gorcach, nawdychałem tamtego, wtedy świeżego powietrza. Kusi mnie, żeby wrócić. Zaszyć się w lesie jak Grzywa z „Watahy”.

Co jakiś czas wydarzają się rzeczy, które wybijają nas z rutyny życia, z pozornego spokoju. To może być impuls do zmiany. Pod koniec lat 80. przestałem jeść mięso. Byłem wtedy bez pracy, a nawet przez chwilę bez środków do życia, przeżyłem trudne rozstanie. Skoro dotychczasowe podejście przestało działać, uznałem, że muszę coś zmienić. Zacząłem od diety. Z czasem coraz bardziej świadomie się w to zaangażowałem.

Bicie serca, krążenie krwi, wypocenie, przyjemne zmęczenie ciała. Zacząłem biegać, żeby się sprawdzić, przełamać bariery. Pięć i pół godziny, tętno 170 – to już konkret. Ciało jest moim narzędziem. Trzeba je poznać i o nie dbać. Ostatnio mniej biegam, ale co rano ćwiczę. Codziennie też masuję stopy. Nauczyłem się od pewnego japońskiego lekarza mieszkającego i praktykującego w Warszawie. Do szczęścia wystarczą mi cztery elementy: tlen, woda, dobre, nieprzetworzone jedzenie i ruch. Tyle.

Rozmawiał Piotr Guszkowski. Cały tekst ukazał się w numerze 1/2019 

Polecane wideo

Komentarze

Polecane dla Ciebie