Rzeczpospolita rogaczy. O życiu seksualnym w II RP
Źródło: Biblioteka Narodowa

Rzeczpospolita rogaczy. O życiu seksualnym w II RP

Przez stulecia to mężczyźni korzystali z „przywileju” skoku w bok, romansowania i utrzymywania kochanek. W dwudziestoleciu międzywojennym, kiedy miłość idealna istniała tylko w filmach, kobiety w Polsce wzięły seksualny odwet.
17.04.2019

Przed tym, że idzie nowe, seksuolodzy przestrzegali już na przełomie XIX i XX wieku. Do polskich sypialni zakradała się rewolucja, zresztą bardzo spóźniona. Dotąd nad Wisłą, a także w całej Europie, obowiązywała podwójna moralność. Inne standardy stosowano w odniesieniu do mężczyzn, a inne do kobiet. O dżentelmenach mówiło się, że muszą się wyszumieć. Temu miały służyć wizyty w domach publicznych i romanse. Dzięki takim przygodom mężczyzna potwierdzał swoją męskość. Z kolei opłacanie garsoniery dla utrzymanki podkreślało status społeczny i zamożność. Męska niewierność była czymś tak powszechnym i prozaicznym, że pisano o niej nawet w poważnych, medycznych poradnikach. Na kartach broszury „Miłość małżeńska w świetle nauki” czytamy: „Mężczyźni są przeświadczeni, że w okresie małżeństwa mogą korzystać z wolności płciowej i że to się nie nazywa zdradą żony. Wielu ma już w chwili ślubu gotowy plan jakiejś małej zdrady, inni mają zamiar wykorzystać pierwszą okazję, która się nadarzy”.

Czytaj też: Proszę wstać! Historia początków Viagry

Kobiety, dla kontrastu, miały prawo jedynie cierpliwie czekać na swoich wiecznie spóźnionych małżonków. Nawet gdy w końcu pojawiali się w sypialni, żona nie mogła mieć nadziei na seksualne spełnienie – ani na orgazm. Jakość pożycia polskich małżeństw z początku XX wieku doskonale ilustruje praca lwowskiego lekarza Artura Ligiszy z 1903 roku. Udzielał on czytelnikom niezawodnych, w jego mniemaniu, porad, jak choćby ta dotycząca zapobiegania ciąży. „Przed aktem płciowego obcowania zupełnie się nie podnieca nerwów u żony żadnymi pieszczotami, całusami lub objęciami, tylko wprost przystępuje się niespodzianie, znienacka do aktu spółkowania. Skutek przy tym głównie ma zależeć [od tego], aby zaraz od początku małżeństwa tak postępowano, aby młoda nie znała innego rodzaju wykonywania małżeńskiego obcowania, jak tylko ten jeden”.

Bez satysfakcji 

Takie zabiegi zabijały przyjemność z seksu, ale tym akurat polscy mężczyźni się nie przejmowali. Na potwierdzenie tego faktu mamy twarde dane. Kiedy w 1908 roku warszawski lekarz Walery Miklaszewski zapytał pacjentki o to, jak często doznają „rozkoszy przy stosunkach płciowych”, jedynie 19 procent z nich przyznało, że kiedykolwiek miało orgazm. Niewiele mniej kobiet odpowiedziało, że seks napawa je głównie wstrętem. Zbliżenie z małżonkiem oznaczało najczęściej dla kobiet dużą niedogodność, która niekiedy zmieniała się w traumatyczne wręcz przeżycie. Według wydanej w 1934 roku broszury, noc poślubna była dla większości Polek ciężkim doświadczeniem. „W wielu wypadkach próby spółkowania powodują bóle tak ostre, krzyki tak gwałtowne, że mąż nie śmie dalej kontynuować aktu”. W kolejnych zdaniach podkreślono jeszcze, że: „Impet i brutalność powinny być wykluczone przy pierwszym zbliżeniu”. Mówmy wprost: jeśli polscy panowie potrzebowali podobnych wskazówek, to trudno się dziwić, że ich partnerki pilnie wyglądały radykalnej odmiany i podświadomie pragnęły seksualnej rewolucji.

Zmiana rzeczywiście nadeszła, bez względu na to, jaki pogląd na sprawę mieli tak zwani eksperci. Stanisław Kurkiewicz, nadwiślański twórca nowoczesnej seksuologii, przynajmniej w swoim mniemaniu, w 1906 roku zwrócił uwagę, że u badanych przez niego mężatek rodzi się coraz to „większa śmiałość płciowa”. I że prowadzi ona prostą drogą do niewierności. W kolejnych latach podobne wnioski wysuwały dziesiątki mądrych głów. Pisano o szkodliwym wpływie romansowych powieści, o powojennym rozluźnieniu obyczajów, o rozpalającej zmysły, rozwiązłej modzie. Diagnozy były diametralnie różne. Podobnie przewidywania, bo trudno było ocenić, czy chodzi tylko o „patologiczne, przejściowe zjawisko”, czy może o „nowy zwrot dziejowy”. Jeden fakt nie ulegał wątpliwości. Mniej więcej sto lat temu nasze prababki zaczęły domagać się równouprawnienia nie tylko przy urnie i w pracy, ale też w sypialni. Wzór do działania postanowiły brać z niewiernych mężczyzn. Jedna z nestorek polskiego ruchu feministycznego, Justyna Budzińska-Tylicka, ubolewała w 1935 roku: „My, pionierki i emancypantki wyzwalających się kobiet, pragnęłyśmy rozstrzygnąć kwestię istniejącej innej moralności dla mężczyzn i innej dla kobiet, przez podniesienie mężczyzn do wyżyny cnoty niewieściej. Życie idzie drogą łatwiejszą: kobieta współczesna ześlizguje się w dół do mężczyzny, ku nizinom zabłoconym”. Co to oznaczało? Kobieca niewierność wybuchła w Polsce po 1918 roku. Jest o niej mowa w żarcikach, w wierszach, w prasowych anonsach. Oficjalnie na temat tej rewolucji obyczajowej milczano, ale lektura przedwojennych magazynów erotycznych pozwala przekonać się, jak bardzo temat romansów stał się dla Polek istotny. „Pani ma kochanka. Nie, niech nie zaprzecza, nie czynię pani wymówki” – brzmiały pierwsze słowa artykułu opublikowanego w 1924 roku przez „Nowy Dekameron”. Była to niezwykle odważna gazetka, pełna dosadnych ilustracji, pikantnych opowiadań i bezpardonowych komentarzy do zgrzebnej rzeczywistości. Przez kilkanaście miesięcy sprzedawano ją pokątnie na ulicach Łodzi. Ukazało się łącznie około trzydziestu numerów – wystarczająco wiele, by zdemaskować, co naprawdę Polacy myśleli o seksie. I o tradycyjnej moralności, według której każdy mężczyzna zdradzał swoją partnerkę, ale od kobiet oczekiwano absolutnego przywiązania do monogamii.

Trzy cenne wskazówki 

„Ma więc pani kochanka i jest pani zamężna. Pani kocha swego męża, gdyż kobieta zamężna zawsze kocha małżonka z chwilą, kiedy go zdradza. Jednym słowem wiedzie pani żywot podwójny, lub potrójny, żywot miły, ale burzliwy” – wyjaśniał autor. Już sam tytuł jego tekstu, „Niech to pozostanie między nami”, potwierdza, że nie zamierzał wchodzić w rolę spowiednika. Artykuł nie miał na celu nikogo oceniać, a tylko udzielić czytelniczkom praktycznych porad. Nowoczesna kobieta nie chciała przecież „nikogo urazić”, a już tym bardziej samej „sobie przykrości sprawiać”. To zaś wymagało od niej codziennego wysilania wyobraźni, by oszukiwać i męża, i otoczenie. „Nie będę czynił tego głupstwa i wskazywał pani, jakich kochanków ma pani sobie wybierać. Wszystko zależy od gustu. Chcę po prostu, aby się pani miała na baczności” – wskazywał redaktor kryjący się pod pseudonimem Poyet.

Pierwsza wskazówka nosiła charakter czysto leksykalny. Autor podkreślał, że do kochanków nie wolno zwracać się po imieniu. Zaraz po nawiązaniu znajomości partnera można określać z szacunkiem, „pan”. Potem zwracać się do niego: „mój kochany”, „mój złoty”. Rzecz banalna, a ilu kłopotów pozwala uniknąć. Nie wymsknie się nieodpowiednie imię przy mężu, a i w przypadku zmiany amanta na nowego nie dojdzie w łóżku do krępującego nieporozumienia. Dla zaawansowanych (i szczególnie dyskretnych) autor miał tez wariant maksimum. „Znałem piękną kobietę, która ostrożność swoją posuwała tak daleko, że wybierała na kochanków tylko tych mężczyzn, którzy mieli to samo imię, co jej mąż” – zdradzał Poyet.

Druga sugestia wymagała pewnego zachodu. Publicysta „Nowego Dekameronu” wiedział, że mężczyźni miewają bardzo czułe powonienie. Dlatego przezorna dama powinna żądać od partnerów, by ci używali identycznych perfum, jak te, które preferuje jej małżonek. Wreszcie porada trzecia. „Należy unikać spotkań w dzielnicy zamieszkanej przez panią” – napominał Poyet. Przewidywał jednak pewna taryfę ulgową: „Może pani wybrać dzielnicę zbliżoną do siedziby mężowskiej w tym wypadku, kiedy nie ma pani wiele czasu; oddaloną bardziej dzielnicę, kiedy rozporządza pani wolnymi godzinami”.

Cały tekst Kamila Janickiego ukazał się w numerze 4/2017

Polecane wideo

Komentarze

Polecane dla Ciebie