To co wiem: Rafał Sonik
Zuma Press / FORUM

To co wiem: Rafał Sonik

„Jestem spełniony, ale to nie oznacza, że nie mam marzeń” – mówi. Pieniądze zarabiał już jako nastolatek, potem otwierał w Polsce pierwsze McDonald’sy. Jest przedsiębiorcą i sportowcem, który wygrał Rajd Dakar. Najpierw jednak były narty.
14.06.2019

Usamodzielniłem się finansowo w wieku 16 lat. Nie chciałem być obciążeniem dla rodziców, ale zależało mi na tym, by nie mogli dyktować, co mi wolno, a czego nie. Nie byli zachwyceni, kiedy kupiłem pierwszy motocykl. Ale kupiłem go sam, nie mogli mi zabronić jeżdżenia nim.

Nie zapomnę rady, którą jako kilkuletni dzieciak usłyszałem od ojca: „Rób to, co cię pasjonuje, wtedy będziesz miał szansę na sukces i satysfakcję. Jeżeli nie ma wyjścia i musisz robić coś innego, znajdź w sobie siłę, żeby robić to z pasją”. Z takim podejściem jako nastolatek zajmowałem się naprawą nart. Nikt mnie nie uczył, jak ostrzyć krawędzie czy regenerować ślizgi. Czytałem o tym, metodą prób i błędów szukałem odpowiednich materiałów. Odkupowałem narty od zawodników, naprawiałem je i sprzedawałem. W ten sposób zarobiłem pierwsze większe pieniądze.

Scott Schuman, Robert Karaś, Pedro Almodovar czy Bartłomiej Topa - to tylko niektórzy z naszych rozmówców w cyklu "To co wiem". Zajrzyj do pozostałych wywiadów 

 
 
 
 
 
Wyświetl ten post na Instagramie.
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

Post udostępniony przez Rafał Sonik (@rafalsonik)

McDonald’s na początku nazywano „restauracją rodzinną”. Wspólnie z Jerzym Starakiem wprowadziliśmy tę sieć na polski rynek. Do dzisiaj jestem współwłaścicielem kilku pierwszych McDonald’sów otwartych w Polsce. Potem przyszła współpraca z BP. Kontrakt z tą firmą podpisaliśmy w Boże Ciało w 1994 roku. Staliśmy się partnerem światowego koncernu naftowego. Kreowaliśmy rzeczywistość gospodarczą w Polsce.

Mój „pierwszy milion” to dom handlowy Elefant. Znalazłem znakomitą lokalizację, na Podwalu w Krakowie. Kiedy ruszaliśmy w 1990 roku, trudno było się przebić na zaplecze – taki był tłum klientów. Do pracy zgłosiło się ponad tysiąc osób, choć ludzie wiedzieli, że zatrudnienie możemy zaoferować tylko jednej trzeciej z nich. Kolejka do biura miała kilkaset metrów. Dla mnie, wówczas 24-letniego przedsiębiorcy, to była niezwykła satysfakcja. W ciągu roku od otwarcia wypracowaliśmy sześć milionów dolarów obrotu. Co nie znaczy, że woda sodowa uderzyła mi do głowy. Mam wrażenie, że nie uderzyła nigdy. Jeżeli były takie momenty, to raczej w sporcie. Część z moich kontuzji wynikała właśnie z tego, że zapominałem o pokorze.

Na czterdzieste urodziny dostałem nieoczekiwany „prezent”. W trakcie rajdu enduro wjechał we mnie motocyklista. Efekt: złamanie prawej ręki. Kości miałem na wierzchu, przebiły kombinezon. Do szpitala w Jeleniej Górze dowieziono mnie po pięciu godzinach. W ostatniej chwili – gdyby trwało to dłużej, konieczna byłaby amputacja ręki. Przeszedłem łącznie siedem operacji, a także ciężkie zakażenie. Moja pierwsza myśl po każdym wypadku: „Czy to kontuzja, po której wrócę do formy?”. Jeśli tak, trudno. Będzie bolało, ale trzeba zacisnąć zęby.

Zaliczyłem złamania wszystkich kończyn. Niektóre łamałem kilka razy, do tego doliczmy uszkodzenia żeber i kręgosłupa. Ludzie wychodzą z gorszych opresji. Bartek Ostałowski stracił w wypadku obie ręce, ale jest drifterem, ma licencję sportową. Samochód prowadzi nogami. Robert Kubica też odniósł ciężką kontuzję, otarł się o śmierć, ale wrócił tam, gdzie jego miejsce – dzięki uporowi i pasji.

Nie wszystko da się przewidzieć, bez względu na to, jak starannie będzie zaplanowany biznes. Lekcją był dla mnie Blockbuster, spółka prowadząca wypożyczalnie wideo. W USA Blockbuster był na każdym rogu. Chcieliśmy wprowadzić tę sieć do Polski, tymczasem chwilę później wypożyczalnie wideo stały się przeżytkiem. Straciliśmy wprawdzie zainwestowane pieniądze, ale nie zostawiliśmy długów.

Sekretem moich zwycięstw jest dobra organizacja. To klucz do sukcesu. Moje życie wygląda tak od trzydziestu, czterdziestu lat. Robię tyle, ile wytrzyma mój kalendarz – nawet jeśli żyję na walizkach, kilka dni z rzędu nie śpię tyle, ile powinienem, a częściej niż książki, czytam informacje na biletach lotniczych.

Dojrzałość polega na tym, by umieć z pokorą spojrzeć w lustro i powiedzieć: nie jestem doskonały, mam wady, popełniam błędy. To nie prowadzi do depresji. Przeciwnie. Dzięki temu możesz doskonalić się i walczyć o własne mistrzostwo.

Gdy byłem nastolatkiem, mój bardziej doświadczony życiowo przyjaciel powiedział mi: „Uczucia i emocje przemijają. Jedyne, co może pozostać na całe życie, jest przyjaźń – jeśli o nią dbać”.

Nie porównuję się z nikim, niczego nie zazdroszczę. Właściwie nigdy nie zazdrościłem, chyba że chodziło o mądrość. Wiem, że wszystko jest w naszym zasięgu.

 
 
 
 
 
Wyświetl ten post na Instagramie.
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

Post udostępniony przez Rafał Sonik (@rafalsonik)

Jestem w najlepszym momencie, by realizować się jako rodzic. Jestem spełniony. To nie oznacza, że nie mam marzeń. Gdyby jednak okazało się, że realizacja któregoś z nich stoi w sprzeczności z byciem dobrym ojcem, zrezygnowałbym z niego. Kiedyś nie byłoby mnie na to stać. Dzisiaj wiem, że dla utrzymania rodziny i związku trzeba przejechać niejeden życiowy Dakar – i warto to zrobić.

Moje szczęście bierze się z harmonii między tym, co mam, co dostaję od życia i tym, co daję innym. To od nas zależy, kogo widzimy, gdy spoglądamy w lustro.

Rozmawiał Piotr Guszkowski. Tekst ukazał się w numerze 2/2019 

Polecane wideo

Komentarze

Polecane dla Ciebie