Człowiek, który dorwał Pablo Escobara
Kadr z filmu "Prawdziwa twarz Escobara"

Człowiek, który dorwał Pablo Escobara

Znasz serial „Narcos”? Więc wiesz, że kolumbijski narkobaron Pablo Escobar istniał naprawdę. Prawdziwi byli też ścigający go agenci. Javier Peña i jego historia.
02.11.2016

Teksańczyk Javier Peña jest emerytowanym agentem amerykańskiej agencji antynarkotykowej DEA. Jego nazwisko stało się znów głośne za sprawą serialu „Narcos”, który wyprodukował Netflix. Javier przez trzy dekady zajmował się zwalczaniem handlarzy narkotykami. – Zacząłem służbę w 1984 roku. Moja codzienność to była praca na ulicy w Houston, organizowanie zakupów kontrolowanych i aresztowanie dilerów. Moim największym ówczesnym sukcesem było przechwycenie dwustu gramów heroiny – wspomina Javier swoje początki w agencji. 

Jego życie stanęło na głowie, kiedy w 1988 roku trafił do Kolumbii, kraju którym wtedy de facto rządził Pablo Escobar, szef kokainowego kartelu z Medellin. Javier spędził tam pięć lat. To dzięki jego pracy udało się wytropić i zlikwidować Escobara, mimo że gdy w 1993 roku w Medellin Pablo padał pod kulami kolumbijskiej policji, Javier był w oddalonym o tysiące kilometrów Miami. Dlaczego? O tym za moment.

 

XX-wieczna historia Kolumbii pisana była krwią. W latach 50.
krajem wstrząsały protesty na tle politycznym, które pochłonęły ponad sto tysięcy ofiar, głównie cywilów. W latach 60. powstała lewicowa partyzantka FARC, największa organizacja antyrządowa w obu Amerykach, która w szczytowym okresie kontrolowała około 40 procent obszaru Kolumbii. Rzekomi obrońcy ofiar kapitalizmu nie pozostawali dłużni, siejąc terror właściwie do dziś (na początku października w ogólnonarodowym referendum Kolumbijczycy odrzucili przyjęcie traktatu pokojowego z FARC, który przewidywał amnestię dla winnych zbrodni). 

W osłabionym konfliktami wewnętrznymi kraju rosła w siłę nie tylko partyzantka, ale też kartele narkotykowe i pospolici rabusie. Pablo Escobar, przez współpracowników nazywany pieszczotliwie Pablito, zaczynał jako jeden z ulicznych cwaniaków w położonym na północy kraju Medellin. Jego chlebem powszednim były kradzieże, wymuszenia i porwania. Pablito miał jednak apetyt na więcej. Kolumbijskie kartele handlowały wówczas przede wszystkim marihuaną. A że Escobar umiał liczyć, szybko się zorientował, że przyszłością narkobiznesu jest o wiele droższa kokaina. Żeby zrozumieć, jak działa branża, Palbo nawiązał kontakt z Fabiem Restrepo, handlarzem z Medellin. Kilka tygodni po spotkaniu Restrepo nie żył, a członkowie jego gangu usłyszeli, że teraz pracują dla Pablita. Był koniec lat 70., Amerykanie pokochali kokainę, a Pablo był gotów dostarczać towar niemal w każdej ilości. Tak powstał kartel z Medellin, jedna z najbogatszych i najbardziej brutalnych organizacji przestępczych na świecie.

 

To, że Escobar szybko opanował 80 procent światowego rynku kokainy, dla Javiera nie było zaskoczeniem. Jak wspomina: – Wyprodukowanie kilograma tego narkotyku w Kolumbii kosztowało wtedy kilka tysięcy dolarów. Ten sam kilogram w Miami można było sprzedać za 60 tysięcy dolarów, w Nowym Jorku nawet drożej. 

Apetyt Amerykanów na kokainę rósł, więc codziennie do Stanów odlatywało kilka samolotów, które zabierały w sumie nawet pięć ton narkotyku. W drugą stronę szły dolary. Pieniędzy było tak dużo, że Escobar zamiast liczyć studolarówki, zaczął je ważyć, a kartel wydawał tygodniowo tysiąc dolarów na gumki-recepturki, którymi oplatano pliki banknotów. Pieniądze trzymano w garażach, opuszczonych magazynach, paczki z banknotami zakopywano też w ziemi. A że warunki przechowywania nie były idealne, kartel, który miał roczny przychód w wysokości ponad 20 miliardów dolarów, tracił dziesięć procent tej sumy. Dwa miliardy dolarów zalanych albo zjedzonych przez myszy! 

Escobar mógł sobie pozwolić na taką stratę. Na początku lat 90. Pablito, z majątkiem szacowanym na 30 miliardów dolarów, był najbogatszym przestępcą na świecie i zarazem jednym z dziesięciu najbogatszych ludzi na Ziemi. Spośród miliarderów z listy Forbesa tylko Escobar dysponował armią płatnych zabójców. – Pablo zbudował narkotykowe imperium oparte na sile płynącej z opłacanych przez niego oddziałów sicarios, płatnych zabójców. To była armia kilkuset cyngli pracujących wyłącznie dla niego. Każdy z nich kochał Pabla i był gotów dla niego zabijać – opowiada Javier. Ta armia, dowodzona przez Escobara, wkrótce zgotowała Kolumbii piekło na Ziemi. 

 

W połowie lat 80., kiedy Javier Peña walczył z dilerami w Houston, Pablo był już nie tylko szefem kartelu z Medellin, był człowiekiem numer jeden w Kolumbii. Miał pieniądze, którymi płacił politykom, policjantom, dziennikarzom, sędziom i wojskowym. Treść korupcyjnej oferty pozostawała niezmienna przez lata: „Plata o plomo?” (pieniądze czy kulka?).  Escobar wysyłał sicarios, a ci w jego imieniu mówili: wiemy, gdzie mieszka twoja rodzina i do której szkoły chodzą twoje dzieci. Jeśli będziesz współpracował, dostaniesz pieniądze. Jeśli odmówisz, zabijemy ciebie i twoich bliskich – relacjonuje Javier. 

Dla znakomitej większości ofertobiorców wybór był oczywisty. Minister sprawiedliwości Rodrigo Lara, który wystąpił przeciw Escobarowi, został zabity przez sicarios w 1984 roku. W jego ciele znaleziono kilkadziesiąt kul. Luis Carlos Galan, kandydat na prezydenta kraju, żądający ekstradycji Escobara do USA, został posiekany kulami podczas wiecu wyborczego w  1989 roku. Przez kilka lat Pablo czuł się w Kolumbii bezkarny. Mało tego – w biednych dzielnicach kolumbijskich miast długo uważano go za dobroczyńcę, bo fundował szkoły, budował boiska i kościoły. Był kokainowym Robin Hoodem. – Gdy Escobar rekrutował sicario, osobiście jechał do domu kandydata, witał się serdecznie i zapraszał go do współpracy. Obejmował go, przytulał. Młodzi ludzie wielbili Escobara i byli potem gotowi za niego umierać – mówi mi Javier.

Po drugiej stronie barykady trudno było o podobną wylewność. Peña trafił do Kolumbii przez pomyłkę. – Po czterech latach służby w DEA w Stanach mieliśmy prawo do wyjazdu na placówkę zagraniczną. Chciałem z bliska obserwować działalność handlarzy narkotyków, żeby lepiej zrozumieć funkcjonowanie karteli. Liczyłem na wyjazd do Meksyku, ale się przeliczyłem. Przez błąd urzędnika Meksyk nieoczekiwanie zamienił się w Kolumbię. Wówczas nie wiedziałem nawet dokładnie, gdzie to jest. Musiałem sprawdzić na mapie – śmieje się Javier. 

W 1988 roku, gdy Peña wylądował w Bogocie, Escobar nie był już uwielbianym Robin Hoodem. Kolumbijczycy mogli udawać, że nie widzą, jak giną politycy, policjanci czy żołnierze, ale kiedy ofiarami stali się niewinni ludzie, nawet mieszkańcy Medellin zaczęli się od Pablita odwracać. 

Zbrodnie Escobara nasiliły się po tym, jak zawisła nad nim groźba ekstradycji do USA. Postulujący to kandydat na prezydenta Kolumbii Luis Carlos Galan został zamordowany, ale jego współpracownik i następca Cesar Gaviria nie uległ szantażom sicarios. Rozwścieczony Escobar nie przebierał w środkach. – To ciemna karta historii Kolumbii. Były to czasy wręcz barbarzyńskie. Wtedy właśnie narodziło się zjawisko określane jako narkoterroryzm – wspomina Javier. I dodaje: – Pamiętam dzień śmierci Luisa Carlosa Galana. Kraj pogrążył się w chaosie. Weekendy bez setek ofiar należały do rzadkości. Escobar nie miał skrupułów. Zlecał podkładanie ładunków wybuchowych w centrach miast, przed galeriami handlowymi, nie licząc się z ofiarami wśród cywilów. Jego celem było złamanie władz, od których żądał, by wycofały się z zamiaru ekstradycji. 

W ciągu kilku lat w Kolumbii zginęło kilkanaście tysięcy osób, w zdecydowanej większości cywilów. Nikt nie czuł się bezpieczny. Ten nastrój  udzielił się też Javierowi. – Pamiętam moją pierwszą wizytę w Medellin. Wysiadam z samolotu, na lotnisku witają mnie kolumbijscy policjanci.


Tekst: Andrzej Chojnowski
Całość artykułu ukazała się w  "Esquire" nr 05/2017

Polecane wideo

Komentarze

Polecane dla Ciebie